- Pieski żywot. Niech to szlag, czas z tym skończyć.
      Poprzez tępy ból głowy pomyślał o skoku. Jeśli tylko puszczą zasuwy nigdy nie otwieranego okna, ten jeden skok mógłby rozwiązać wszystkie problemy. Ile to już takich skoków wykonał w życiu? Setki, tysiące? Skakał nieustannie, w drodze do pracy, której nienawidził, w drodze powrotnej do nory, w której garował od miesiący. Miał dość. Wczoraj znowu urżnął się w trupa. Nie pamiętał już, z kim i gdzie. To, co w tej chwili zobaczył w lustrze, mogło świadczyć tylko o jednym.
- Tak, jestem skurczybykiem, moczymordą, typkiem spod ciemnej gwiazdy, byłym bokserem. I co z tego? Mam was gdzieś, zlęknione strusie wiecznie chowające głowę w piasek. Nienawidzę was! Jestem w tym mieście kimś. Jedynym kangurem listonoszem, na którego możecie zawsze liczyć. Dobrze o tym wiecie. Skorumpowany burmistrz, ostatnia świnia, jego puszczająca się żonka, krążące po całym mieście miłosne liściki, brudny szmal, grzeszki zamiatane pod dywan. O tak! Kto za was odwali tą robotę lepiej? Pytam, kto? Byłem na dnie wiele razy. Pokażcie mi jednak drugiego takiego, który nawet w piekle nigdy nie zgubił torby pełnej waszych cuchnących tajemnic. Pokażcie mi go, w mordę jeża! 
      Kątem oka zauważył szarą kopertę, która leżała czwarty dzień na czymś, co jak przypuszczał, było nocną szafką. Kiedy odbierał ja w sortowni, od razu wyczuł kłopoty. Adres po drugiej stronie rzeki nie wróżył niczego dobrego, brak nadawcy potęgował wrażenie. B i K Mamutowie skreślone pismem, które przypominało ryte scyzorykiem przestrogi na ścianie więziennej celi. Widział już kiedyś coś podobnego, z palcem wskazującym w środku.
    Wrzucił kopertę do torby i ruszył do wyjścia. Oczywiście nie mógł sobie odmówić i z całej siły trzasnął drzwiami. Miał nadzieję, że sąsiadka, wścibska małpa z przeciwka, właśnie budzi się z krzykiem. Już na ulicy wstąpił do ulubionej trafiki po fajki oraz miętówki. Pomieszczenie było ciasne, czuł się tu zawsze jak słoń w składzie porcelany. Zapłacił, spojrzał na ostatniego miedziaka. No tak, na najbliższego drinka będzie musiał naciągnąć jakiegoś jelenia. 
    Gdy wytoczył się z knajpy, słońce wisiało nisko nad horyzontem. Mimo to zamiast pod wskazany adres ruszył pod most. Ostatnimi promieniami słońca prześwietlił tajemniczą przesyłkę. Nie dojrzał niczego konkretnego wewnątrz. Co tu jest grane? Bał się. Jeśli teraz ją skroi, będzie musiał wiać z miasta na zawsze. Nie miał co do tego żadnych złudzeń. Raz kozie śmierć! Kto wie, jak zakończyłyby się jego rozterki, gdyby nie dźwięk policyjnego koguta. Wytrzeźwiał. 
      Kamienica wyglądała czysto i schludnie, była i winda, choć brak domofonu nieco go zaniepokoił.  No właśnie, winda! Towarowa, największa, jaką w życiu widział. Nigdzie nie dostrzegł klatki schodowej, za to kiedy spojrzał w górę, jego wzrok przykuł ciężki strop wylany z żelbetonu. Ostatni raz rzucił okiem na nazwisko widniejące na kopercie, z niedowierzaniem kręcąc łbem. A więc jednak! To nie były zwykłe plotki. Zżera go ciekawość. Wreszcie znalazł się przed drzwiami, energicznie nacisnął na dzwonek. Czekał, nasłuchując, dłuższą chwilę. Nic, cisza. Drzwi ledwo się uchyliły, najpierw na wysokości oczu zauważył mosiężny łańcuszek, w głębi stał starszy, przyprószony siwizną mężczyzna, zza ramienia którego wyglądała kobieta.
- B i K Mamutowie? – zapytał wyraźnie zbity z tropu.
- Gucwińscy.

Dwadzieścia minut i byliśmy przyjaciółmi, kolejne dwie minuty, a staliśmy się tajemnym bractwem, w trzydzieści minut zapuściliśmy brody wypatrując rewolucji wokół. Szaleństwo. W jeden wieczór wywróciliśmy świat do góry nogami. Introwertycy byli ekstra, ekstrawertycy wejrzeli w głąb siebie. Na moment czas się zatrzymał tylko po to, by po chwili perfidnie wrócić do gry. Dobrze wiemy, co to czas. Wszelkimi sposobami próbujemy go przechytrzyć. Raban niemożliwy, nawet jeśli gdzieś wybija pełna godzina mamy to gdzieś. Niech przejmują się inni. Nasza zgraja tu i teraz pieczętuje swój los. Ktoś w potwornym zamieszaniu recytuje fragmenty 'On the Road'. Na rany koguta! Dmuchaj Sal! Być może to kelner wykradający z płaszczy ostatnie drobne. Na operacyjnym stole stanie się kiedyś kobietą i odzyska spokój. Coraz gęściej dłonie pokrywamy numerami telefonów. Szyfrujemy. Ach, to tylko Michał podchodzi do tej bombowej dziewczyny i chyba szepce jej coś do ucha. Jakże pięknie się uśmiechają. Popisowy numer. Zręczny blagier powtórzy go jeszcze setki razy, a my nigdy nie dowiemy się co też tam nawija. Wartkim strumieniem uchodzimy do pobliskiej Olzy, cucimy rozgrzane głowy. Swego czasu Wampir, ot tak dla zwykłej draki, przekraczał granicę w bród. Był niezłym siatkarzem, równie dobrze mógł zostać szachowym arcymistrzem. Grywał partie wcielając się w trzech graczy: własnego dziadka, świnię oraz samego siebie z poprzedniego wcielenia. Odszedł na własnych warunkach. Spadał z wysoka. Jego prochy ze słonecznej Hiszpanii wróciły do domu rejsowym samolotem, choć sosnowiecki półświatek wolał czarter! Boże jedyny! Jakim cudem pamiętać mam drogę do akademika! Wtaczamy się do góry, to pewne. Czy kwitły magnolie? Nie, był październik. Pod numerem 335 łapiemy drugi oddech. Piotrek częstuje nas głowizną z jaką wszystkie matki wschodu wyprawiały synów w świat. Na jednej fali nadajemy ja i przyodziany w turecki sweter okularnik z Bukowna. Też jestem z pipidówy. Zanim nadszedł świt przysięgaliśmy, Grzesiek na Grześka, Tomek na Tomka, Indianin na Kruka. W marzeniach patrzę na swoje dłonie. Widzę wyraźnie odciski ludzi gór. Mniej wyraźnie widzę starte numery. Kierunkowy 32. Kierunkowy 33. Kierunkowy 41.