- Pieski żywot. Niech to szlag, czas z tym skończyć.
      Poprzez tępy ból głowy pomyślał o skoku. Jeśli tylko puszczą zasuwy nigdy nie otwieranego okna, ten jeden skok mógłby rozwiązać wszystkie problemy. Ile to już takich skoków wykonał w życiu? Setki, tysiące? Skakał nieustannie, w drodze do pracy, której nienawidził, w drodze powrotnej do nory, w której garował od miesiący. Miał dość. Wczoraj znowu urżnął się w trupa. Nie pamiętał już, z kim i gdzie. To, co w tej chwili zobaczył w lustrze, mogło świadczyć tylko o jednym.
- Tak, jestem skurczybykiem, moczymordą, typkiem spod ciemnej gwiazdy, byłym bokserem. I co z tego? Mam was gdzieś, zlęknione strusie wiecznie chowające głowę w piasek. Nienawidzę was! Jestem w tym mieście kimś. Jedynym kangurem listonoszem, na którego możecie zawsze liczyć. Dobrze o tym wiecie. Skorumpowany burmistrz, ostatnia świnia, jego puszczająca się żonka, krążące po całym mieście miłosne liściki, brudny szmal, grzeszki zamiatane pod dywan. O tak! Kto za was odwali tą robotę lepiej? Pytam, kto? Byłem na dnie wiele razy. Pokażcie mi jednak drugiego takiego, który nawet w piekle nigdy nie zgubił torby pełnej waszych cuchnących tajemnic. Pokażcie mi go, w mordę jeża! 
      Kątem oka zauważył szarą kopertę, która leżała czwarty dzień na czymś, co jak przypuszczał, było nocną szafką. Kiedy odbierał ja w sortowni, od razu wyczuł kłopoty. Adres po drugiej stronie rzeki nie wróżył niczego dobrego, brak nadawcy potęgował wrażenie. B i K Mamutowie skreślone pismem, które przypominało ryte scyzorykiem przestrogi na ścianie więziennej celi. Widział już kiedyś coś podobnego, z palcem wskazującym w środku.
    Wrzucił kopertę do torby i ruszył do wyjścia. Oczywiście nie mógł sobie odmówić i z całej siły trzasnął drzwiami. Miał nadzieję, że sąsiadka, wścibska małpa z przeciwka, właśnie budzi się z krzykiem. Już na ulicy wstąpił do ulubionej trafiki po fajki oraz miętówki. Pomieszczenie było ciasne, czuł się tu zawsze jak słoń w składzie porcelany. Zapłacił, spojrzał na ostatniego miedziaka. No tak, na najbliższego drinka będzie musiał naciągnąć jakiegoś jelenia. 
    Gdy wytoczył się z knajpy, słońce wisiało nisko nad horyzontem. Mimo to zamiast pod wskazany adres ruszył pod most. Ostatnimi promieniami słońca prześwietlił tajemniczą przesyłkę. Nie dojrzał niczego konkretnego wewnątrz. Co tu jest grane? Bał się. Jeśli teraz ją skroi, będzie musiał wiać z miasta na zawsze. Nie miał co do tego żadnych złudzeń. Raz kozie śmierć! Kto wie, jak zakończyłyby się jego rozterki, gdyby nie dźwięk policyjnego koguta. Wytrzeźwiał. 
      Kamienica wyglądała czysto i schludnie, była i winda, choć brak domofonu nieco go zaniepokoił.  No właśnie, winda! Towarowa, największa, jaką w życiu widział. Nigdzie nie dostrzegł klatki schodowej, za to kiedy spojrzał w górę, jego wzrok przykuł ciężki strop wylany z żelbetonu. Ostatni raz rzucił okiem na nazwisko widniejące na kopercie, z niedowierzaniem kręcąc łbem. A więc jednak! To nie były zwykłe plotki. Zżera go ciekawość. Wreszcie znalazł się przed drzwiami, energicznie nacisnął na dzwonek. Czekał, nasłuchując, dłuższą chwilę. Nic, cisza. Drzwi ledwo się uchyliły, najpierw na wysokości oczu zauważył mosiężny łańcuszek, w głębi stał starszy, przyprószony siwizną mężczyzna, zza ramienia którego wyglądała kobieta.
- B i K Mamutowie? – zapytał wyraźnie zbity z tropu.
- Gucwińscy.

Dwadzieścia minut i byliśmy przyjaciółmi, kolejne dwie minuty, a staliśmy się tajemnym bractwem, w trzydzieści minut zapuściliśmy brody wypatrując rewolucji wokół. Szaleństwo. W jeden wieczór wywróciliśmy świat do góry nogami. Introwertycy byli ekstra, ekstrawertycy wejrzeli w głąb siebie. Na moment czas się zatrzymał tylko po to, by po chwili perfidnie wrócić do gry. Dobrze wiemy, co to czas. Wszelkimi sposobami próbujemy go przechytrzyć. Raban niemożliwy, nawet jeśli gdzieś wybija pełna godzina mamy to gdzieś. Niech przejmują się inni. Nasza zgraja tu i teraz pieczętuje swój los. Ktoś w potwornym zamieszaniu recytuje fragmenty 'On the Road'. Na rany koguta! Dmuchaj Sal! Być może to kelner wykradający z płaszczy ostatnie drobne. Na operacyjnym stole stanie się kiedyś kobietą i odzyska spokój. Coraz gęściej dłonie pokrywamy numerami telefonów. Szyfrujemy. Ach, to tylko Michał podchodzi do tej bombowej dziewczyny i chyba szepce jej coś do ucha. Jakże pięknie się uśmiechają. Popisowy numer. Zręczny blagier powtórzy go jeszcze setki razy, a my nigdy nie dowiemy się co też tam nawija. Wartkim strumieniem uchodzimy do pobliskiej Olzy, cucimy rozgrzane głowy. Swego czasu Wampir, ot tak dla zwykłej draki, przekraczał granicę w bród. Był niezłym siatkarzem, równie dobrze mógł zostać szachowym arcymistrzem. Grywał partie wcielając się w trzech graczy: własnego dziadka, świnię oraz samego siebie z poprzedniego wcielenia. Odszedł na własnych warunkach. Spadał z wysoka. Jego prochy ze słonecznej Hiszpanii wróciły do domu rejsowym samolotem, choć sosnowiecki półświatek wolał czarter! Boże jedyny! Jakim cudem pamiętać mam drogę do akademika! Wtaczamy się do góry, to pewne. Czy kwitły magnolie? Nie, był październik. Pod numerem 335 łapiemy drugi oddech. Piotrek częstuje nas głowizną z jaką wszystkie matki wschodu wyprawiały synów w świat. Na jednej fali nadajemy ja i przyodziany w turecki sweter okularnik z Bukowna. Też jestem z pipidówy. Zanim nadszedł świt przysięgaliśmy, Grzesiek na Grześka, Tomek na Tomka, Indianin na Kruka. W marzeniach patrzę na swoje dłonie. Widzę wyraźnie odciski ludzi gór. Mniej wyraźnie widzę starte numery. Kierunkowy 32. Kierunkowy 33. Kierunkowy 41.


     

      Wciąż łapię się na tym, że myślę tylko o jednym. Umrzemy! To koniec! Przyjdzie czas, a pomyślę o czymś innym. Póki co myślę o śmierci. Źle z nami. Mam jeszcze nadzieję, że odejdziemy we śnie, mocno wtuleni. W przeciwnym razie podusimy się jak świąteczne karpie.
    Zaledwie kilka lat po wojnie Bałkany znów płoną, tyle wiemy ze strzępów wiadomości. Fala pożarów zalewa niemal całą Europę Południową. Wszystko przez temperaturę zdolną zabić.
   Do tej pory nasza podróż przebiegała bez zarzutu. Miesiąc miodowy za grosze. Tak to sobie wymyśliliśmy. Tak, przyznaję się. Ostatni, znaczący etap, autokar linii Stambuł – Bukareszt będzie luksusem. Wprawdzie zdemoluje nam resztki budżetu ale, że dalszą drogę przez Rumunię i Węgry planujemy odbyć okazją, sypnąłem groszem. Jak to? Nie ruszamy z dworca głównego? Jednym z tych międzykontynentalnych krążowników z fotelami w beżowej skórce? OK. Niech będzie busik ładnie wpisujący się w konwencję przygody. Kierowca w klapkach pędzi przez miasto na złamanie karku. Na co naprawdę go stać, pokazuje w portowych dokach, gdzie pomiędzy kontenerami manewruje z fantazją przodków zrodzonych w siodle. Bzzzzz, pierwszy dzwonek alarmowy. Wysiadka, przesiadka, pośpiech. Właściwy autokar to grat z przyczepą. Wszyscy tu uwijają się jak w ukropie. Nylonowe torby, dobrze znane nam z cieszyńskiego targowiska, walają się wokoło. Bzzzzz, drugi dzwonek alarmowy. Jakaś kobieta nerwowo upycha w zakamarkach biustu... Niech mnie piorun! Złoto, pakuje tam złoto. Mężczyźni też niczego sobie, wąsiska że hej, a w oczach blask. Króluje jeans. Bzzzzz, brak dzieci, trzeci alert. No pięknie! Trafił nam się kurs w towarzystwie kruszcowej kontrabandy.
     Jedziemy. Mija godzina, może dwie i nagle to poczułem. Autokarem wyraźnie szarpnęło, a z nawiewów nad głową aż buchnęło. Kierowca nie reaguje. Diabli wiedzą, czy to nie jego sprawka. Sęk w tym, że wysiadła klima, więc po paru minutach znajdujemy się w piekle. Zaczynają się męki. Autochtoni jak gdyby nigdy nic, puszczają w obieg fajki, a szofer podkręca muzykę. Ależ ich rajcuje ten turbofolk. Za szybą przesuwa się krajobraz, gówno mnie obchodzi jaki, jestem mokry od potu. Nienawidzę upału, za to z chęcią podpalam. Danusia nie przepada, za to kocha słoneczne kąpiele. Statystycznie nic nam nie grozi. Skąd zatem coraz płytszy oddech, omdlenia. To mi wygląda na hipertermię. Martwię się o Danusię, widzę, że zapada w kilkuminutowe drzemki. Kiedy ponownie grzecznie odmawiam papierosa, pojawia się on. Facet, zdaje się, że herszt całej ferajny, zarządza kryzysem. Pomiędzy fotelami idzie jak lodołamacz, brzuchem większym od kopuły Błękitnego Meczetu taranuje przeszkody. Pokrzykuje coś do paczki bałkańskich maczo gnieżdżących się z tyłu. Co za harmider, sytuacja zaraz wymknie się spod kontroli. Domyślam się, że tamci stają okoniem. Lodołamacz bierze zwrot na prawą burtę i sunie w naszym kierunku. Chowam się za mapą, którą tamten wydziera mi bez ceregieli. Jego paluch, wprost proporcjonalny do rozmiaru brzucha, jednocześnie wskazuje Wiedeń i Bratysławę, wędruje w górę. Człowieku to nasz dom, odpuść nam. Czy ja słyszę troskę w tym tubalnym głosie? Jezu Chryste spraw żeby to była prawda. Nagle tamten bierze Danusię na ręce, tak jak wyciąga się dziecko z głębokiego wózka, i niesie kruszynę do tych z tyłu. Tym razem spycha ich skutecznie, po czym kładzie moją żonę na łączonych siedzeniach. Teraz myślę o tym innym, znacznie gorszym scenariuszu. Ma dopiero dwadzieścia lat.
      Grubas ściąga koszulę. Róża na ramieniu dziarana więzienną kreską wznosi się i opada. Koszula faluje, połyka rozgrzane powietrze niczym żagiel. Po kilku minutach zmienia go jeden z tych maczo typków, zaraz kolejny z własnym ręcznikiem. Wachlują co sił, góra-dół, góra-dół, ktoś donosi wodę. Palę.

Cisza, żywej duszy wokoło. Trochę się dziwię, bo to jednak szpital. Nie oczekuję od razu gwaru, ale taki na przykład szmer? Szmer mógłby się przecież w tych starych murach nieść, byłbym spokojniejszy. Nic z tych rzeczy, kompletna pustka, na parterze jak makiem zasiał. Wsłuchuję się dłużej z nadzieją, że złapię cokolwiek, co pozwoli nieco stępić narastający niepokój. Może być nawet najmniejszy szelest. Ostatnim razem, kiedy salowa w krochmalonym kitlu cięła korytarz na pół, szeleściło aż miło. Co to za miejsce do cholery? Może jednak pomyliłem budynki? Tylko jak? Znam ten bytomski szpital. Pewnie, że nie jak własną kieszeń, ale mimo wszystko. Zaczynam czuć się jak w tym śnie, w którym trzeba wziąć nogi za pas, a kończyny z betonu. Chwileczkę, tam dalej koło schodów łuszczy się lamperia, nareszcie jest i świetlówka cierpiąca na nerwowy tik. Na półpiętrze jakaś rodzina gromadzi się wokół stroskanej matki, już się rozpłaszczyli. Ojciec pewno leży wyżej, po zabiegu, może i przed. Częstują się chusteczkami, jakiś młokos dostaje ochrzan za klikanie w telefon. W takiej chwili. Spokojnie ludzie, wyjdzie z tego. Nareszcie nie mam żadnych wątpliwości, również co do tego dziwnego miejsca. Niczego nie pomyliłem, gdzieś tu musi leżeć pan Wacław.
Oto i nasz pacjent. Samiuteńki, opatulony w  koc wydaje się jeszcze smutniejszy niż zwykle. Przyczyna owego smutku wkrótce się wyjaśni. Najpierw jednak przywitanie, takie przesadnie uprzejme. Samo się utarło, tak przy każdym spotkaniu: panie Wacławie, panie Tomaszu, pan pozwoli. Ceregiele, ale bawią nas obu. 
- Panie Wacławie, co to się stało? Jak pan się czuje?
- Karin Stanek.
O nie! Nie dam się tak łatwo zbić z tropu, mimo to proszę o wyjaśnienia. Z dalszej opowieści wynika, że pan Wacław stracił przytomność podczas uroczystości odsłonięcia pomnika królowej bigbitu. Kto zna Pana Wacława, ten wie, że w konsumpcji wydarzeń wszelakich, potrafi narzucić sobie ostre tempo. Coś mi się zdaje, że tym razem przeholował. Cóż, to beznadziejny przypadek, który wyłącznie przez brak umiejętności bilokacji, nie pojawią się na dwóch wernisażach jednocześnie.
      No dobra, zajmijmy się tym smutkiem. Pan Wacław ma rozładowany telefon, kolejny dzień pozostaje odcięty od świata. Z tym jeszcze jakoś sobie radzi, prawdziwym problemem jest brak śmiałości by poprosić kogokolwiek o pomoc. 
Z miejsca ruszamy na poszukiwania. Pierwsza sala, pudło. Druga sala, pudło. Telefon jest starszego typu, więc zadanie nie należy do najłatwiejszych. Chyba w desperacji zaatakujemy łepka na półpiętrze. Bogu dzięki, idzie siostra. Żywo interesuje się naszym problemem, po czym popełnia mały błąd formułując pytanie:
-  Jak wygląda ta ładowarka?
Pan Wacław, zawsze przywiązujący dużą wagę do precyzji własnych wypowiedzi, odpowiada:
- Transformator połączony z przewodem, na końcu którego znajduje się wtyczka.
Nie jestem pewien kto pierwszy parsknął śmiechem. Ja, a może siostra? Na bank słychać nas na głuchym parterze.
Ostatecznie ładowarkę znajdujemy w sali nr 412, a pan Wacław przekonuje mnie, że zyskał, nie tylko działający telefon, ale również lepszy humor będący skutkiem wspólnie przełamanej słabości. Jeśli szczęście nas nie opuści, za następnym winklem, znajdziemy automat z colą i łakociami.
     No proszę! Też miałem mju. Leży teraz obok, popsuty. Żal mi biedaka, nigdy nie załapał się na falę popularności zalewającej niegdyś sieć. Z drugiej strony, czego tu żałować? Cała ta fala szybko wezbrała i jeszcze szybciej opadała. 
I co? I nic! Pozostało kilka chlubnych wyjątków. Nie będę wymieniał po raz wtóry znanych i lubianych. Niestety reszta to paprotki. Pewno u mnie będzie ich pełen segregator. Ciekawe kto to teraz zeskanuje? Ja nie mam zamiaru.
     Mimo wszystko mju, idziesz do machera. Zasługujesz na jeszcze jedną szansę, na jeszcze nowszy dokument. Ostrzegam. Łatwo nie będzie. Rzadko organizuję imprezy, jeśli spotykam się z przyjaciółmi głównie rozmawiamy. Rodzinę mam cudowną, choć nie patchworkową. Posiłki jadamy smaczne, ale czy fotogeniczne? Na wszelki wypadek dopalaj flashem. Tatuaży nie posiadam, a rower mam z bagażnikiem. A i jeszcze to! Żadnej paprotki w domu.



Grzebiąc w archiwum trzeba się liczyć z takimi sytuacjami. Jerry miał być jedną z lokomotyw cyklu, ostatecznie jednak pozostał w szufladzie. Spójrz w obiektyw, spójrz w bok. Można się na tym przejechać. Jedno jest pewne! Jerry należy do ciekawszych osób, które było nam dane fotografować w Teksasie.



Bujamy się naszą bryką tu i tam. Nowi chłopcy w mieście. Łapiemy ten luz, ten styl. Żujemy tytoń. Tfu. Brązową plwociną zdobimy chodnik, tuż przed nosem szeryfa. Gorąco jak w piekle. Podkręć klimę stary! Mam gdzieś cały ten klimatyczny bełkot. Tfu. Nie daj się nabrać na to pieprzenie. Mówię ci, kiedyś dławiłem się niegazowaną wodą. Widzisz to, co ja? Widzisz? Tam, na godzinie czternastej. No dalej Mike! Podaj mi rytm obcasem większym od kowadła, ja zanucę jej melodię śmierci. Hej ty! Masz ochotę na taco z grzechotnika? Prujemy wprost do Meksyku, dziecino. Cii! A niech mnie! Samo południe.
-      Tomek, gość z lewej trąbi na nas, jedź, mamy pierwszeństwo.
-      Przepraszam, zamyśliłem się...
Lytle, TX. Liczy sobie kilkuset mieszkańców i jest raczej typową, teksańską, nieco senną mieściną. Jednego możecie być pewni, żadnych chodników. Szosa, motel, charakterystyczna niska zabudowa, porzucony automat, niegdyś wydający colę, górująca nad wszystkim wieża ciśnień. W to nam graj. Od początku założyliśmy z Michałem, że wątki bezpośrednio związane z historią śląskiej diaspory, wpleciemy w jakieś ogólne tło.  Szukamy prawdziwego Teksasu i tu go znajdujemy. Skąd ta pewność? Nasza bryka to czerwony sedan, a to znaczy, że stąd po Rio Grande, jesteśmy jedynymi kierowcami poruszającymi się czerwonym sedanem. W Teksasie dwie półciężarówki przypadają na jednego obywatela, co, jak łatwo obliczyć, daje  jedną ciężarówkę na pół osobnika dowolnej płci. Poza tym zewsząd otaczają nas otwarci, skorzy do każdej pomocy mieszkańcy. Jesteśmy w Teksasie.
Już nawet nie pamiętam, jak trafiliśmy na Jerry'ego. Zdaje się, że nadał nam go ktoś z sąsiedztwa, jako lokalnego oryginała. Jerry jest znany w okolicy z własnoręcznie wytwarzanych noży. Rzeczywiście, piękna robota. Dla nas jednak ważniejszy okazuje się fakt, iż Jerry to Teksas w pigułce. Facet po prostu kocha broń. Kiedy w końcu odnajdujemy jego dom na uboczu ubocza, nie bardzo wiemy jak to rozegrać. Furtka niby otwarta, ale po jej przekroczeniu... Jak to się mówi? Niechaj Bóg ma cię w opiece? Kanonada z ganku, ot tak, na dzień dobry, to oczywiście głupi stereotyp. Jerry nie ma złych intencji o czym lojalnie informuje: Nothing inside is worth risking YOUR life for.
-      Michał! Michał! Poruszyła się firanka, tam w oknie.
-      Spadamy!
-      Już po nas.
Broń krótka, broń długa, pistolety, rewolwery, własnoręcznie wykonana amunicja, noże, mnóstwo noży. Jeszcze chwila, a będziemy musieli dostawić drugi stolik, bo cały ten arsenał na jednym się nie zmieści. Mało? Drugie tyle pozostaje w domu. Jerry mieszka z synem. Dobrze wiemy do czego służą te wszystkie zabawki. Niekoniecznie też widzimy tu rozwiązanie problemów, o których wspomina Jerry, a robi to bez ogródek tak, że momentami więdną uszy. Nie uciekamy z wrzaskiem tylko dlatego, że większość jego pomysłów to w zasadzie wariacje na temat: dobry człowiek z bronią kontra zły człowiek z bronią. Jak pokonaliśmy komunę bez wolnego dostępu do broni? Jerry nie może wyjść z podziwu. My zaś na bok odkładamy rozterki moralne i podziwiamy Magnum 357. Ten kawał żelastwa jest tak cudownie wyważony, dosłownie klei się do dłoni, po czym natychmiast traci połowę ze swej wagi.
          Panowie mitrężymy tylko czas. Pakujmy cały ten kram i ruszajmy na strzelnicę. Oczywiście planujemy tam przede wszystkim zdjęcia, skłamałbym jednak pisząc, że tylko to nam w głowie. Na wejściu, z plakatu wita nas John Wayne, cała reszta to już Bruce  Willis w akcji. Strzały niosą się po całej okolicy. Większość przypomina trzask suchej gałęzi, ale słychać też... bazooka? Jakiś facet ładuje w tarczę turlając się pod stolikiem kawowym. Okazuje się, że ćwiczy obronę własnego salonu w trakcie rabunku. W Teksasie domowy rabuś musi uwinąć się w kilka sekund. W przeciwnym razie zaliczy kulkę. Jerry to rozsądny facet, pierwsze kilka minut metodycznie instruuje nas jak obchodzić się z bronią. Jak trzymać, jak strzelać, jak podnosić ramię przed, jak opuszczać po. Ściskaj cyngiel jak dziewczynę. No co ty nie powiesz Jerry? Przestań już jojczeć i dawaj pukawkę. Jeszcze nie mówiłem, ale swego czasu na zawodach strzeleckich, zgarnąłem drewniana solniczkę oraz dyplom. No dawaj, dawaj, będę tarczą, będę kulą, miękko na nogach. Paf. Zabójczy strzał! Dzięki Jerry, dla mnie to tylko dziewiątka. Kolej na Michała. Paf, paf, paf! Skubany. Robi krótką pauzę, tylko po to by pokazać nam, jak dalece panuje nad sytuacją. Paf, paf, po ostatni pocisk. Wówczas, z adrenaliną w uszach, mogłem źle zrozumieć, ale teraz odsłuchuję nagranie po raz trzeci i wyraźnie słyszę, jak Jerry pieje z zachwytu: Urodzony strzelec! Współczesny rewolwerowiec!

Don't mess with us!


- Panie Wacławie, a gdyby tak mógł Pan wywołać ducha zmarłej osoby... kto by to był?
- Amy Winehouse!

Nie ma co ukrywać, że poprzednie wpisy powstały głównie po to, by konkretne obrazy uwolnić z archiwum. Nie zawsze tak będzie. Tym razem, natknąłem się zdjęcie wykonane pierwszym, zakupionym na cieszyńskim targowisku, aparatem. Pewno nigdy nie opuściłoby szuflady, gdyby nie historia pewnej podróży.



Kapuśniaczek. Żadne tam oberwanie chmury, nawet nie pospolita ulewa zacinająca efektownie z boku. Nic z tych rzeczy. Jedyne wrażenie robią tu betonowe przęsła Mostu Przyjaźni. Ruch samochodowy, ten który miał nas ponieść niczym rwąca rzeka poniżej, też mizerny. Na domiar złego, większość przejeżdżających to miejscowi, na cieszyńskich blachach. Ledwo to wszystko kapie. Kap. Odpicowany Lanos za górnicze odprawy. Nawet nie próbuję machać. Szwagier mówi, że tego Morcinka zamkną, tak czy owak. Niech jedzie. Kap. Na pewno coś w kombiku. Głowy jednak nie dam, chyba się wyplótł cały z tej wikliny. Co on tam widzi w bocznych lusterkach? Komplet ogrodowy w lewym, fotel bujany w prawym? Stawiam dychę, że zaraz się z Lanosem trzaśnie i będzie chryja.
Jak znam życie, to sztygar do Billi ciśnie, jak co tydzień, na zakupy. Lawiruje mi przed nosem z miną nietęgą. Korona się wzmacnia więc trzeba trochę pogłówkować. Póki to ich piwko, na litrze tańsze od mineralki, póty będzie jeździł. Załaduje ze dwa kartony jasnych, teściu sercowiec, więc dla niego ciemne, też ze dwa. Korbacze na zagrychę, czekolada dla szanownej. Odkąd się poznali tylko studentską jada. Ty Lanos! Nie zapomnij dzieciakom Lentilki do koszyka dorzucić. Przy kasie stoją. Trach! A nie mówiłem! Zamyślił się biedak. Prawdę powiedziawszy to tamten koreana mu ledwo drasnął, po co ta szopka. Jeszcze chwila i cała ta przyjaźń wymknie się spod kontroli. Najpierw Lanos wyjedzie z Zaolziem, potem ten drugi wspomni inwazję. Co ich w sumie obchodzi, że to nasze plany, lada moment wezmą w łeb.
Inaczej sobie wyobrażałem początek wielkiej przygody. Plecaki, choć pękają w szwach, spakowane są mądrze i bez zbędnego balastu. Mapy mam przestudiowane od dawna. Czechy bierzemy na raz. Jak się poszczęści, w ten sam sposób przeskoczymy, feralną dla wielu autostopowiczów Austrię. Byle dobić do Via Adriatica, dalej już na luzie. Na szczyptę improwizacji jesteśmy oczywiście przygotowani. Piachu, Indianin i Mały Grześ niedawno przetarli wschodnią część szlaku, mamy więc kluczowe informacje z pierwszej ręki. Czego chcieć więcej? Trzeba tylko ruszyć z kopyta. Tymczasem, jak te kołki tkwimy w miejscu. Godzinę za godziną.
Świadomość popełnionego błędu wsącza się powoli. Darujmy sobie metaforę z kapuśniaczkiem i naszą garderobą z lumpeksu. Chodzi o piątek. Człowiek jakoś mimowolnie liczy na ten piątek. Do tej pory się udawało, tym razem coś tu nie gra. Szlag mnie zaraz trafi. Tiry stoją! Jak mogłem nie wziąć tego pod uwagę. Mityczne osiemnastokołowce przemierzają ten drugi kontynent, w nich najlepsze umysły mojego pokolenia. Na rany koguta, Sal. Nie chcę garować tu przez cały weekend. Chcę jechać, choćby tym Pol-Transem.
- Do mnie mówisz? Wtrąca żylasty ktoś prosto z szoferki.
- Nie jedzie Pan na południe?
- Postój.
Nie wytrzymam facet. Gdyby to był jeden z tych filmów drogi, to w tej scenie kładziesz łapę, wielką jak bochen chleba, na moim ramieniu i przez sumiaste wąsy cedzisz: Synu, zabieraj swoją squaw i wskakuj. Sam se postój. My musimy się wyrwać z tych przeklętych Boguszowic.
Cóż? Pokręcę się jeszcze trochę w labiryncie naczep. W tej chwili nie wiele więcej mogę zrobić. Zagadać nie ma do kogo. Niby trafił się jakiś Węgier, ale bez tej cholernej szklanki ni w ząb. Jeszcze z pół godziny i poczłapiemy do miasta załapać się na niedobitki w akademikach. Ostatni raz dodaję sobie animuszu papieroskiem. W technikum dymek przed klasówką potrafił zdziałać cuda, tu tylko pogłębia frustrację. Szlugi miały wystarczyć na całą podróż, a leci już czwarty.
Chyba najwyższy czas na plan B. Spróbujemy przebić się na wylotówkę w Czeskim Cieszynie, tam zaczniemy od nowa. Wow, wow, wow! Co za bryka! Zajeżdża z dużym fasonem, na oko nówka. Od strony pasażera wysiada elegancka damulka. Nawet mnie nie zauważa, tylko pomiędzy kroplami deszczu, toruje sobie drogę wprost do pobliskiego kantoru. Słyszę, jak tonem nieznoszącym sprzeciwu, każe kapuśniaczkowi spadać. Jasne, że początkowo trochę się peszę, szybko jednak odzyskuję inicjatywę. Teraz! Zasadzam się na kierowcę. Facet coś gmera przy otwartych drzwiach więc z miejsca przedstawiam mu sytuację. Nie mówi nie. Yeaaah! Dajcie mi tu księżyc. Będę wył. Albo nie. Lepsze to: Stalowe szczęki chmur, rozwiera wiatr. Na karoserii tęczy blask.
- Nie słyszę. Może Pana powtórzyć. Jakie znowu - nie tak prędko? Jaka szefowa? Do diabła! Gdzie ta tęcza?
Dobra. Wraca. Mowa ciała z tych surowszych, ale rysy twarzy sympatyczne. W takich botkach, leciutko tak, przez kałużę, hop. Pewno mieli dobry kurs. Ej, fajna babeczka, przecież widzę, że żyje by pomóc. Jeszcze parę kroków i będzie przy nas.
Sekundę, dosłownie o sekundę za długo waham się, jak to rozegrać. Wariant pierwszy - wyszczekany nastolatek nawet nie pyta tylko wali prosto z mostu: Hej mała! Dobrze wiemy o co toczy się gra. Wariant drugi – w tej chwili paść na kolana i błagać. Stop. Czas minął. Szefowa odzywa się pierwsza.
- Przepraszam, w czym mogę pomóc?
- No wie Pani, próbujemy złapać stopa, w tej chwili gdziekolwiek...
- Trochę się śpieszę...
- Ale proszę Pani, ten Pan mówił, że Pani...
- Tak, ja rozumiem.
Nieznajoma, której nadaję imię Nadzieja odwraca się na pięcie. Robi to niespiesznie, za to z żelazną konsekwencją. Wiem, że zanim trzasną drzwi, jest jeszcze czas na kilka desperackich prób. Grunt nam się pali pod nogami, a ta kiwa, że rozumie. Ostatnia szansa. Może na syna? Takiego przemoczonego, zagubionego. W metrykę nie zaglądałem, ale przecież mogła urodzić w wieku dwunastu lat. Rozumiem, rozumiem… Chryste Panie, zaraz poczochra mnie po włosach, ja skradnę buziaka, a smutek utopię w szklance tego Węgra.
Wracam, nic tu po mnie. D też pewno ma dość. Mam nadzieję, że jak zawsze wyciągnie nas z biedy. Tyle razy już to wałkowaliśmy. Jeśli myśliwy zawodzi, po prostu jemy pyszne korzonki. Rzucę jeszcze tylko okiem na tę brykę. No proszę, tak się Państwu spieszyło, a jeszcze marudzą. Haha! Jak mogłem na to nie wpaść. Przecież to próba, nic innego. W pierwszej lepszej bajce, każdy wędrowiec, poddany zostaje próbie. Przejście graniczne, co? Wszystko to było na semiotyce, nie dam się nabrać na te numery. Szybciutko przekonuję D by spróbowała podejść nieznajomą jeszcze raz. Kotku! Nadzieja odjeżdża ostatnia. Konwersacja trwa może minutę, nie dłużej. Potem widzę ten cudowny uśmiech i już wiem, że się udało. Tylna kanapa robi na nas wrażenie, nie mniejsze od tego mostu.
Nadzieja sądziła, że jestem niepełnoletni, pryskam z domu na wakacyjny gigant. Nic do mnie nie ma, po prostu nie chciała ładować się w potencjalne kłopoty. Teraz, kiedy płyniemy przez Morawy, słyszy że studiujemy w Cieszynie, że ja nazywam się Tomasz, obok siedzi Danusia, że pobraliśmy się w ubiegłym roku, że przez te kilka miesięcy uskładaliśmy trochę grosza, że właśnie ruszamy w podróż poślubną do Kapadocji
Czasami zadajemy sobie z Danusią pytanie: Co by było gdyby Nadzieja, tak jak proponowała, poniosła nas wprost na Sycylię?
cdn.

Pierwszy raz widzę faceta na targowisku. Tym samym, na którym zrealizowałem cykl traktujący o hodowcach ptaków. Lubiłem się tam szwędać, zawsze znalazła się okazja do pogawędki z Januszem, dość regularnie trafiał się wdzięczny model.
Dziś liczę w pamięci minione lata i znowu łapię się na tym samym. Dycha pękła? Niemożliwe, góra siedem, może osiem lat.
No więc idzie jeden z drugim. Drugi, jak się później okaże, to brat pierwszego. Swoje na targowisku przeżyłem, ale scenka robi na mnie autentyczne wrażenie. Po lewej mamy drób. Kury w przewadze, panoszą się na granicy bezczelności, kaczki jakby bardziej wycofane. Wszystko to niemiłosiernie gdacze i pierzy. Nocny koszmar melomana alergika. Po prawej cisza. Teoretyczna, bo przecież taka chmura much swoje bzyczy, przez garmażerię z lewej się jednak nie przebije. Tylko najbardziej wtajemniczeni znajdą w tym rozgrzanym blaszaku mięsne frykasy. Legenda mówi o najlepszej koninie na Śląsku. Większość z nas budzi się z tu krzykiem? Zapewne. W tej scenerii suną żywe tatuaże.
Gdyby to były wczesne lata dziewięćdziesiąte mógłbym wówczas rzec: wzięło mnie zdziwko.  Nie no jasne! Obciach. Tekst przeszedłby gładko całą dekadę wcześniej. Zresztą to bez znaczenia. Sytuację znacznie lepiej oddaje inna językowa skamielina: miałem lekkiego pietra. Więzienne dziary to nie byle co. Taki tatuaż przemieszcza się w zasadzie o pół kroku przed nosicielem, dzięki czemu mamy czas uskoczyć. Myślę, że bardzo podobny mechanizm obserwujemy w świecie przyrody. Klasyczne indygo i śmiała kreska działają niczym żółte plamy salamandry.
Achim z bracikiem na gołych barkach targają worki z ptasią karmą. Jest szansa, że należą do ferajny lokalnych ptaśków. Cholera, to byłby portret! Oczywiście, że się waham, co innego sympatyczny Janusz, co innego dwójka zakapiorów. Akurat jestem w trakcie lektury biografii Diane Arbus, więc szybko kombinuję w ten deseń. Diane już miałaby obu na widelcu, po prostu rusz tyłek i zagadaj. Podchodzę i wypalam:
- Przepraszam, czy Pan hoduje gołębie?
- Ja, a ty co? Klipsujesz?
Od początku nie miałem zbyt dużej pewności siebie, ale tu gubię się zupełnie. Brnę w dziwną maskaradę instynktownie czując, że na studenta nic tu nie wskóram. Na szczęście mieszkam nieopodal, na cieszącej się złą sławą Cwajce, nieśmiało zaczynam grać synka z sąsiedztwa. Lody przełamane. Kim ostatecznie okazuje się Achim? Fantastycznym gościem z krwi i kości. Proponując piwko za portretową sesję, wychodzę na kierującego się stereotypami ćwoka. Wystarczy wiadro pszenicy.
Ostatnio rzadko widuję się z Achimem, mimo wszystko nie jesteśmy kolegami. Tym bardziej wspominam ubiegłoroczną wizytę na jego ogródku. To było coś. Rodzinne spotkanie, w piaskownicy bawią się nasze dzieci, częstujemy się słodyczami. Piękna żona Achima, o urodzie siedmiogrodzkiej węgierki, parzy mocną kawę. Nad głowami gołębie, w wolierze masa wspaniale wybarwionych ptaków. Ach! Zachwytom nie ma końca, w tle słychać głos Krystyny Czubówny.

P.S.
W pas się kłaniam tej całej fotografii za takie historie.


Czy miałem wówczas wątpliwości? Najmniejszych! W wieku lat dwunastu, ze Szkolnej Kasy Oszczędności wypłaciłem ostanie zaskórniaki. Przez chwilę byłem kimś, zwłaszcza w szkolnym sklepiku, gdzie z taką sumką szybko mogłem stać się bohaterem dużej przerwy. Postanowiłem jednak zadbać wyłącznie o siebie. Niczego nie żałuję.
Znałem takich co, by zdobyć upragniony karnet spieniężali dosłownie wszystko. Miałeś fart człowieku i jeszcze więcej gotówki, a twoim łupem mógł paść klaser. Niektórzy szarżowali, zupełnie bez kontroli, szaleńcy, rzucali na rynek całe kolekcje. Znaczki? Śmiechu warte, te cieszyły wyłącznie kujonów. Prawdziwym rarytasem były komiksowe historyjki, w jakie pakowano wówczas popularne balonówki. Towar wart był każdej ceny.
Kiedy wreszcie na wysokości naszej szkoły pojawiła się bagażówka w barwach stacjonującej 600 km na północ „ORP Błyskawica”, korytarzami zamiast codziennego wrzasku, niósł się pełen powagi szmer. Fafik. Przyjechał Fafik. Nie żaden objazdowy cyrk, pożal się Panie Boże strzelnica - tylko prawdziwe objazdowe kino.
Gdyby pewnego dnia nad naszą budą pojawił się Sindbad, skończyłby u dyrektora na dywaniku. Głupek. Fafikowa Nyska to nie był żart, to spełniały się marzenia. Nie przypominam sobie większej frajdy w tamtym okresie. Wigry 3 były tylko szczęśliwym dzieciństwem. Baśnią było kino.
Tego dnia grali Imperium Kontraatakuje. Jeszcze dziś wyraźnie widzę te wszystkie dzieciaki sunące, niczym krople deszczu za oknem, w kierunku upragnionego celu. Gdzieś po drodze zaczynamy się w dziwny sposób przyciągać, zlewać w coraz to większe grupki. Na czele zawsze Spółdzielcza - moja ferajna z blokowiska liczącego całe dwa bloki. Ten większy miał dwie klatki, mniejszy tylko jedną. To wystarczyło by nauczyć nas bić się o swoje.
Kiedy w upalne lato spoglądam w dal, na horyzoncie widzę falującą mgiełkę rozgrzanego powietrza. Tak właśnie musiała wyglądać nasza procesja. Parujące zewsząd emocje. Mąci nam się głowach, euforia wokół, a to wszystko jeszcze przed seansem. Ci bez karnetu trzymali się osobno. Ofiary losu, prawdziwi desperaci, próbowali każdej sztuczki by dostać się do środka.
Najłatwiejszy, a przy tym najskuteczniejszy sposób zwano desant. Przez okno w toalecie zrzucaliśmy karnety prosto w kotłujący się gąszcz. Żeby skarb nie odfrunął za daleko, podklejało się kartonik gumą do żucia.
Oczywiście, ze względu na średnią wieku audytorium, seanse rozpoczynały się wczesnym popołudniem przez co, zwłaszcza w okresie letnim, największym problemem organizatorów było dzienne światło. Ogromne okna reprezentacyjnej sali Gminnego Ośrodka Kultury nie ułatwiały zadania. Na czas projekcji zasłaniano je ciężkimi kotarami, które nie wiedzieć czemu przywodziły mi na myśl pierwszokomunijny garnitur. Czyżby aksamit? Tak, tak, Ciało Chrystusa przyjmowałem odziany w aksamitny garnitur. Wdzianko było granatowe, natomiast tamte kotary już zawsze będą kojarzyć mi się z niezabielonym barszczem.
Nareszcie projekcja. Nie wierzę własnym oczom. Luke w opałach. Bzdura, jestem w siódmym niebie. Na ziemię sprowadza mnie własna głupota. Co mnie wówczas podkusiło? Nawet nie chcę pamiętać. Tak czy siak to ja w trakcie seansu, raz za razem, odsłaniam jedną z tych kotar. Początkowo efekt nie był taki zły. Przy odrobinie dobrej woli można było uznać, iż oto na sali ktoś wymachuje jednym z tych fajowych mieczy. Sęk w tym, że teraz to ekran zaczynał przypominać barszcz, ten zabielany. Wyleciałem z hukiem, właśnie wtedy gdy kontratakowali.

P.S.
Chciałbym żeby mój syn kiedyś zrozumiał. On był Yodą, ja byłem uczniem.






W zasadzie nic tych fotografii nie łączy. Może poza jednym. Pierwszą z nich zrobiłem siedem, osiem lat temu na Starym Chorzowie. Włóczyłem się tu wówczas zaglądając ludziom w okna, nagabując co niektórych „na muzealnika”. Swoją drogą to sprawdzony numer. Stosowałem go z lubością, posiłkując się przy tym żelaznym alibi. Kompletnie mnie ten Stary Chorzów zauroczył.
Ta druga, ta w kolorze liczy sobie jakieś trzy lata. Powstała na jednym z pierwszych spacerów po przeprowadzce na... Stary Chorzów.
Byłbym zapomniał! Obie fotografie to niestety liczne przykłady rzeczy, za które biorę się chyba tylko po to, by nigdy ich nie skończyć.




Ten Brat Grzegorz to jest gość. Jego pustelniczy rozmach dawno przestał mnie dziwić. Czasami podejrzewam, że gdzieś tam w zboczu góry, do której przykleił swoją pustelnię, wydrążył prawdziwe królestwo. Może nawet ozłocił ściany recyklingowym aluminium. Po tym, jak Grzegorz, prymitywny szałas przekształcił w samowystarczalne mini-gospodarstwo jestem skłonny szukać wejścia na własną rękę.
Póki co rozpijamy słodkie wino, a ja podziwiam cywilizacyjny skok jaki się tu ostatnio dokonał. Co ja mówię, jaki skok?! Bateria słoneczna to jest salto, pięknie i czysto wykonane podwójne salto. Jakiś przedsiębiorca w okolicy miał gest. Bateria zajmuje pewno z siedemdziesiąt procent połaci dachu, choć na oko nie jest większa od dużego gofra. Kłębowisko drucików też robi wrażenie. Będzie tego ze sto procent wszystkich drucików w okolicy. Na końcu jednego z nich znajduje się dioda, tylko jedna, za to pozwalająca wieczorami studiować księgi.
Zanim jednak stała się światłość, paplamy o piłkarzach. Tu Grzegorz staje się nagle kategoryczny, domagając się skoszarowania naszych reprezentantów w ośrodku zamkniętym. Wiem, że chce dobrze. To tylko pustelnicza natura rzutuje na, skądinąd przychylne sądy dotyczące Lewandowskiego, Błaszczykowskiego i tego trzeciego. Zaraz, zaraz! Co tu się dzieje? Jakie znowu silniki grawitacyjne? Amerykanie to testują w kosmosie? Jeśli spada kamień to Amerykanie lecą dalej. Nie mogę wyjść z podziwu, wiec inicjuję następną kolejkę, a Grzegorz z werwą roluje tytoniowe skręty. W końcu nas dopadło. Filozofujemy. Brat odrzuca słupy i celowe umartwianie się - z czym szybko się zgadzam i wybiegam do wychodka.
Szkoda, że nie ma już Mariana. Nie wspominałem? Grzegorz do niedawna wiódł pustelniczy żywot po sąsiedzku, z Marianem. Jak większość sąsiedzkich stosunków, również i ich bywały napięte. Chyba trochę rywalizowali o palmę pierwszeństwa.
Ja to widzę tak. Grzegorz jako pierwszy człowiek zdobywa zimą K2. To było samotne i brawurowe wejście. Problem leży w tym, iż na szczycie już ktoś siedzi. Niewiadomo jak się tam znalazł, Grzegorz nikogo po drodze nie mijał, a jednak tam siedzi. Co gorsza, nie zamierza schodzić
- Nie liczy się, NIE LI-CZY SIĘ! Albo wchodzisz i schodzisz jak człowiek, albo się nie liczy.
Marian był tajemniczy, zamknięty. Płoszył się, nigdy też nie skrócił dystansu. Tylko jeden raz uraczył mnie proroctwem wieszcząc nadejście Nowej Jerozolimy w Zakliczynie. Najpierw jednak na lokalnym rynku wyrośnie drzewo wydające dwanaście różnych owoców.  Po jednym  na każdy z dwunastu miesięcy. Byłem na tym rynku, jeszcze się nie wypełniło. Sprawdzę następnym razem, kiedy znowu złapie mnie handra albo tęsknota za intuicyjnym, małoobrazkowym fotografowaniem.